A ja na tej wojnie ponad 2 godziny

Deszcze niespokojne
potargały sad,
a my na tej wojnie
ładnych parę lat.

Ta oto piosenka zabrzmiała tuż przed startem do IV edycji SKANDIA Maraton LANG TEAM w Nałęczowie.

Ale od początku. Pogoda przed startem w Nałęczowie nie rozpieszczała, od środy praktycznie w całej Polsce przytoczone już deszcze niespokojne. No ale trudno, cocojumbo i do przodu jak to mawiają, więc postanowiłem się wybrać. Dzień wcześniej oczywiście wyjazd już do Warszawy i nocleg u znajomego, a w niedzielę o godzinie 6:40 pociąg do Nałęczowa. Ranek napawał optymizmem, niemal bezchmurne niebo, ale niestety im bliżej miejsca docelowego tym gorsza pogoda, do tego informacje, że deszcz ma zacząć padać o 10:30. Po dojechaniu do celu, szybkie rozeznanie i zapisanie się na wyścig – dystans mini 34 km i udział w Mistrzostwach Polski dziennikarzy. Następnie przebranie się w odpowiedni strój, wsiadamy na rower i udajemy się na start. Na starcie ostatnie rozmowy i nagle zaczyna padać, a żeby wszystkim zrobiło się weselej, osoba odpowiedzialna za oprawę muzyczna najpierw puszcza piosenkę „Ciągle pada”, a następnie „Deszcze niespokojne”. Tuż przed startem jeszcze informacja, że w środkowej części trasy można napotkać problemy, ponieważ całą noc padało.

Teoretycznie pierwsze 2 km miały być startem honorowym, jak się później okazało „gaz” poszedł już od początku, a że mój rowerem, a zwłaszcza opony jakie posiadał nie bardzo nadawały się na tego typu pogodą, to od początku jechałem dość powoli, pierwsze osoby zacząłem tak naprawdę mijać gdy zaczął się asfalt, o tyle dobrze, że było go dość dużo od startu, tak więc startując z końca stawki, myślę, że przebiłem się przez około 100-120 osób. Po paru kilometrach asfaltu pierwsza ciekawsza przeszkoda – podjazd po betonowych płytach i wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że przy końcu podjazdu zakopał się samochód i zablokował przejazd, rozładowanie „korka” zajęło sporo czasu, sam stałem chyba z 5 min. Potem jeszcze trochę asfaltu i nadrobionych parę pozycji (teoretycznie pierwsze 10km było po asfalcie), a następnie zaczyna się zabawa, pierwsze drogi leśne, nie takie złe, w miarę utwardzone i można było jechać, oczywiście osoby posiadające bardziej przystosowane do warunków ogumienie zaczęły mnie wyprzedzać, tak jak ja je wcześniej. Nie wdając się w szczegóły opiszę tylko kilka najfajniejszych momentów trasy, dość ciekawy zjazd do wąwozu, nie pamiętam który kilometr, pamiętam, że ustawione tam były 3 aparaty, może znajdę zdjęcia gdzieś w sieci, to umieszczę, w każdym bądź razie sporo osób będzie miało super fotki, gdy upada :-). Najciekawszym moim zdaniem miejsce na trasie był chyba około 2-3 km odcinek w polu i to dosłownie, polna gliniana ścieżka a przejechanie przez nią było niemożliwe, wszyscy zsiedli z rowerów i prowadzili je bokiem, gdzie jeszcze ziemia nie była tak rozjechana, niestety na niewiele to się zdawało i tak co parę minut trzeba było ściągać błoto z hamulców, ponieważ koła stawały w miejscu, a sam rower ważył kilka kilogramów więcej. Ostatnim ciekawym miejscem był wąwóz w Wąwolnicy (chyba) i gdyby nie założona tam kostka brukowa byłoby naprawkę nieciekawie.

już na mecie :D

Ostatecznie jak się okazało dystans 34 km pokonałem w czasie 2 godzin 4 minut i 29 sekund, co dało mi 232 lokatę wśród wszystkich startujących na dystansie mini, 72 w mojej kategorii wiekowej i 15 wśród dziennikarzy. Z czasu na pewno zadowolony być nie mogę, 10 minut gorzej niż w zeszłym roku, mimo lepszego przygotowania, siły były, niestety sprzęt na więcej nie pozwolił.

Mistrzem Polski dziennikarzy został Cyryl Szweda, o tyle cieszy iż jest to dobry znajomy, z którym miałem przyjemność podróżować przez pół Polski z Torunia do Nałęczowa :-)

1 czerwca 2009 | Kolarstwo

Jedna odpowiedź do wpisu “A ja na tej wojnie ponad 2 godziny”

  1. BigBird napisał(a):

    Pięknie pięknie. Gdyby nie to, że mój rower padł na 1 kilometrze o byśmy się ścigali do końca.

Zostaw odpowiedź